Może niegrzeczne, ale są!

Bycie mamą to najpiękniejsza rola jaką przyjdzie zagrać w życiu kobiecie – niestety, nie jest napisana dla każdej z nas.

Wyczekiwane wakacje nad morzem

To miały być zwykłe wakacje nad polskim morzem. Wspólnie z mężem i naszymi maluchami – Nadią, Borysem i Igorem wybraliśmy się do Gdańska. Jak nigdy dotąd czułam, że potrzebuję odpoczynku. Organizacja czasu przy trójce dzieci to nie lada wyzwanie. Trzy razy więcej obowiązków, zadań domowych, zajęć pozalekcyjnych i do tego obiad jak dla wojska. Byłam przemęczona. Przedłużając sobie radość z zaplanowanego urlopu codziennie poświęcałam pół godziny, aby odnaleźć ciekawe miejsca, atrakcje turystyczne i restauracje, które będąc w Trójmieście powinniśmy odwiedzić. Wspólnie z mężem (od kiedy wychowujemy trójkę rozrabiaków) nauczyliśmy cieszyć się z małych rzeczy. W końcu nadszedł dzień upragnionego wyjazdu. Nie obyło się oczywiście bez nerwów. Spakowałam walizki za naszą czwórkę. Marcin – mąż, tata i przewodnik wycieczki, nerwowo odbierał ostatnie telefony z pracy. Po dwóch godzinach nareszcie wyruszyliśmy. Wydawało się, że najgorsze już za nami. Niestety, na wysokości Łodzi w naszym rodzinnym aucie wybuchł kryzys. Płacz, awantura i niezadowolenie. Mruczek – odwieczny towarzysz i „pocieszacz” Nadii został w niepościelonym od rana łóżku. Co teraz? Przecież nie zawrócimy (choć nie ukrywam, ze ta szaleńcza myśl przeszła mi przez głowę). Próbowaliśmy załagodzić sytuację lecz żal i smutek połączony z głodem i zmęczeniem robił swoje i Nadia robiła się coraz bardziej rozdrażniona.

Po kolejnych trzech godzinach podróży dotarliśmy do hotelu. Odetchnęłam z ulgą. W pierwszej kolejności postanowiliśmy pójść zjeść. Z racji tego, że trochę się spóźniliśmy z kolacji zostały steki, wołowina w sosie kurkowym, kasza gryczana i zestaw surówek… Czyli nic co jedzą nasze dzieci. Zdenerwowana zaczęłam przyjazd od awantury z kelnerem. Zaabsorbowana produkcją kolejnych argumentów straciłam z oczu naszą ekipę. Po konfrontacji z szefem kuchni i kierowniczką sali zaczęłam ich szukać. Moim oczom ukazał się niecodzienny widok. Cała trójka siedziała grzecznie przy stole, zajadając schabowego z frytkami, które na talerz nakładała im uśmiechnięta brunetka w stroju kucharza.

Kim jest Ewa?

Późnym wieczorem wybraliśmy się z mężem do restauracji, aby napić się wyczekanego wina. Znów zobaczyłam przemiłą brunetkę. Zaprosiliśmy ją z mężem do stołu – Ewa, bo tak miała na imię chętnie z nami usiadła. Zaczęła wychwalać nasze dzieci. Grzeczne, mądre i takie radosne – powiedziała. Grzeczne? Ostatnio są okropne. Nie reagują na żadne prośby! – odrzekłam zdenerwowana. W tej samej sekundzie poczułam się trochę nieswojo. Na twarzy Ewy pojawiło się zdziwienie i smutek. Szybko zorientowałam się, że powiedziałam coś, czego nie powinnam. – Może niegrzeczne, ale są – usłyszałam w odpowiedzi.
W czasie urlopu poznaliśmy męża Ewy. Wyznali nam, że od 3 lat bezskutecznie starają się o dziecko. Ostatnio lekarz przekazał im wiadomość, że zapłodnienie będzie możliwe tylko z wykorzystaniem komórek jajowych innej kobiety. Problem w tym, że takich kobiet jak Ewa jest wiele, a dawczyń wciąż za mało.
Ostatnią noc nie spałam w ogóle. Głowę zaprzątało mi tysiące myśli. Nigdy nie sądziłam, że macierzyństwo może być dla kogoś nieosiągalne. Borys i Igor byli młodzieńczą wpadką. Nadia, była przeze mnie planowana. Zapragnęłam jej i po pół roku byłam już w ciąży. Ot tak. Nie zdawałam sobie sprawy jakie mamy szczęście, że są z nami. Tej samej nocy zaczęłam szukać informacji na temat dawstwa komórek jajowych. Okazało się, że moja trzydziestka na karku i trójka dzieci nie są przeszkodą by podzielić się szczęściem z inną kobietą. Wypełniłam formularz zgłoszeniowy.

Rano przed wymeldowaniem z hotelu podzieliłam się z Ewą tą wiadomością. Była szczerze wzruszona. – Nawet nie wiesz jakie to dla mnie ważne – odparła.
Droga powrotna wyglądała już zupełnie inaczej. Mimo, iż Nadia próbowała za wszelką cenę wyjść z fotelika i uskuteczniać balet na tylnym siedzeniu – ja byłam spokojna i cierpliwa. Z pozoru zwykłe wakacje okazały się dla nas dobrą szkołą tolerancji i pokory.

„Będę mamą”

Po dwóch tygodniach odebrałam telefon z kliniki leczenia niepłodności. Nazajutrz umówiłam się na wizytę. Potem przeszłam serię specjalistycznych badań, których prawdopodobnie nigdy bym sobie nie zrobiła. Po pierwsze dlatego, że zwyczajnie nie znalazłabym na nie czasu. Ponadto, nigdy nie przeznaczyłabym swojego miesięcznego wynagrodzenia na badania i samą siebie. Mniej więcej po dwóch tygodniach przeszłam zabieg pobrania jajeczek. Lekarz zalecił mi, abym na siebie uważała i nie przemęczała się. – Żaden problem dla matki trójki dzieci – odparłam! Po samym zabiegu oprócz senności i lekko nabrzmiałego brzucha nie czułam nic. Nic fizycznie. Psychicznie czułam się wspaniale. Czułam, że zrobiłam coś dobrego. I tak było. Po kilkunastu tygodniach otrzymałam SMS od Ewy: „Będę mamą!”.